Reportaż Umiarkowanie Egotyczny z podróży do Krajów Południowego Kaukazu

Reportaż Umiarkowanie Egotyczny

Z podróży do Krajów Południowego Kaukazu

Sierpień-wrzesień 2023 r., pisane w drodze, opublikowane pierwotnie na Facebook

I.

Za kilka dni Dasha wyruszy w drogę do gór Kaukazu (w Gruzji), a potem do Armenii. Kilka ostatnich dni spędziła pod opieką Marcina Czernika i jego mechaników. Nie ma się co dziwić. Do takiego Batumi jest z Warszawy one-way 3500 km, a będzie tego znacznie więcej, bo nie przemieścimy się wzdłuż Morza Czarnego, lecz zaraz po wjechaniu do azjatyckiej części Turcji skierujemy się do Anatolii. Chwila w Kapadocji, bo z załogi prawie nikt tam nie był, a potem już dalej od współczesnego turyzmu: tajemnicza góra Nemrut Dagi (i tam zachód oraz wschód słońca), Sianlurfa i Mardin. Jezioro Van, ruiny Ani (przy granicy z Armenią) i wjedziemy do Gruzji. Chwila przerwy i jazda na off road do Svaneti, w wysokim Kaukazie.

Pożegnałem się dziś z Marcinem słowami: „Obym nie musiał dzwonić”. Ale nawet jeśli, to jest to część przygody. Tak było w ubiegłym roku, we Włoszech, w trakcie powrotu z tunezyjskiej Sahary:

„Rozwiązanie przyszło rano, po bardzo źle przespanej nocy w hotelu, do którego odwiózł nas Włoch z posesji sąsiadującej z warsztatem. W nocy znalazłem w internecie części przypominające tę, która uległa destrukcji, nie byłem jednak pewny, czy będą pasować i czy na pewno zamontowanie zamiennika w miejsce rozpadniętego kółka rozwiąże problem. Rano zadzwoniłem do Marcina z podwarszawskiego Camel Garage, by z nim to obgadać.

Proszę niczego nie kupować, jest inny sposób – usłyszałem po chwili niebiańskie słowa.

Okazało się, że należy wziąć pasek transmisyjny stosowany w jednym jedynym modelu volkswagena i ominąć przy jego zakładaniu to fatalne koło kompresora. Czyli nawinąć go na wszystko z wyjątkiem zniszczonego elementu. To jedyny typ paska w całym motoryzacyjnym świecie, który ma odpowiednią szerokość, a zarazem długość, by obsłużyć w Discovery II nową sekwencję kół i głowic po wyeliminowaniu układu stabilizacji.

W warsztacie, do którego dojechaliśmy wkrótce po rozmowie z Marcinem, panował nastrój odmieniony o sto osiemdziesiąt stopni w stosunku do tego z poprzedniego wieczora. Wcześniej poprosiłem sympatycznego Włocha, który najpierw odwiózł nas do hotelu, a rano przyjechał, by zabrać do warsztatu, aby powiedział po włosku mechanikom, co powinni zrobić. Sympatyczny Włoch już nabierał powietrza w płuca, ale mechanicy nie dali mu dojść do słowa. Przez noc rozkminili problem i właśnie poszukiwali telefonicznie sklepu, w którym można kupić pasek do volkswagena.

Ponownie okazało się, że nie ma sytuacji bez wyjścia i że najwyraźniej nie ma sensu popadać w szaleńcze zdenerwowanie, skoro rozpacz od euforii dzieli jeden krok. Ot, takie włoskie korepetycje.”

[Ludwik Sobolewski, Po prostu to zrobić, BookEdit, 2023]

II.

We wszystkim trzeba wykonać pierwszy krok.

Naszym pierwszym krokiem do tego, by znaleźć się w Gruzji, było dojechanie do europejskiej części Turcji. Samochodem, bo samochód jest potrzebny do eksploracji Kaukazu. A lepiej robi się to własnym, niż pożyczonym na miejscu. Między innymi dlatego lepiej, że Dasha wymaga takiej uwagi i starania się o to by była w dobrej kondycji, a zarazem tak dzielnie wywiązuje się ze swoich obowiązków, że należy ją traktować jako coś więcej niż samochód. Czasem ludzie, a nawet przedmioty, potrzebne są po to, by móc się w nich przeglądać, jak w lustrze.

Wczoraj była sama dzielność, motyw przewodni dwudziestu sześciu godzin i jego podstawowe tworzywo. Wyjazd o północy, i ciśnięcie „w dół”, przez Słowację, Węgry, Serbię i Bułgarię. Przejście graniczne, którego zawsze się obawiam, między Węgrami i Serbią (Roksze-Horgos), tym razem było bajką (w roku 2021 spędziliśmy na nim prawie jedenaście godzin, co prawda próbując wjechać z Serbii do UE; wczoraj było odwrotnie). Co cię nie zabije…poszuka następnej okazji – inne przejście, przekraczane w kierunku spoza Unii do Unii (Serbia-Bułgaria) to strata czterech godzin. Ale i tak się udało: o północy w okolicach Lasu Kabackiego, a przed północą „tego samego dnia”, czyli przed upływem dwudziestu czterech godzin, kończyliśmy Bułgarię by wjechać o drugiej w nocy do tureckiego Edirne.

Dawniej Adrianapolis, stolica Imperium Osmańskiego, nim Mehmed II zdobył Konstantynopol (stając się Mehmedem Zdobywcą) a potem uczynił go stolicą państwa. Edirne o drugiej w nocy, w blasku zakurzonych uliczek (blask, ściśle mówiąc, pochodzi od świateł czy oświetlenia, które są wszędzie, a zarazem nie wiadomo gdzie) i podrujnowanych domów wygląda inaczej, niż stolica, nawet dawna, jakiegokolwiek imperium. Ale ma meczet, meczet Selima II, jeden z najwspanialszych w Turcji. Jutro go zwiedzimy, nim pomkniemy do Stambułu. A raczej wejdą do niego, jako zwiedzający, moi przyjaciele z załogi Dashy, bo ja wejdę ze skurczem nostalgii – poprzednio byłem tam kilkadziesiąt lat temu, a Dashę, jej bagażnik, torby podróżne i inne wynalazki do zabezpieczania bagażu zastępował jeden tylko przedmiot: plecak. Uzupełniany o moje własne plecy i nogi

Całe to szybkie przemieszczanie się służy również do zaznania pewnych uczuć, nazwijmy to, wyższych. Samochód nie unieważnia odległości, tak jak to czyni samolot. Samolot unieważnia nawet przestrzeń, podczas gdy przestrzeń ma się w najlepsze, gdy pokonujemy ją samochodem. Przelot samolotem jest na ogół po prostu skorzystaniem ze środka transportu, zaś jazda samochodem jest niekiedy euforią, jest mierzeniem się z własnymi słabościami, jest często przekleństwem.

Tak, Mehmed Zdobywca. Mam głowę umeblowaną kilkudziesięcioma książkami z dzieciństwa, a wśród nich Puszkarzem Orbano Zofii Kossak-Szczuckiej. Ten Mehmed, który po zdobyciu Konstantynopola wkroczył do Hagia Sofii na koniu, i zbliżał się na nim do ołtarza. Ten sam, który po zatrzymaniu się przed ołtarzem zeskoczył z konia, i ku zdumieniu wszystkich oddających mu hołd, zebranych w świątyni, wziął do garści kupkę popiołu i posypał sobie nim głowę. Być może dlatego, że po zdobyciu Bizancjum, najwspanialszego miasta na ziemi, po tym co zdawało mu się największym celem, jaki mógł sobie wyobrazić, poczuł marność i kruchość.

Nie należy czytać takich książek, bo potem człowiek zamiast dostojnie wypoczywać na plaży wsiada w pojazd i jedzie byle gdzie, byle tylko na temat, byle to było też o nim, i o szczęściu doświadczania także.

Edirne, w nocy. Zaraz rozlegnie się adhan.

Dziś wejdziemy do Aya Sofia.

III.

Stambuł jest jedyną metropolią, leżącą na dwóch kontynentach. To zresztą zadziwiające. Jest tyle miast, lądów i cieśnin na planecie, a tylko jedno wielkie miasto leży na więcej niż jednym kontynencie.

Dobrze się to obserwuje jadąc mostem łączącym obie części miejskiego rozlewiska, europejską i azjatycką. Bosfor, na mapach widoczny jako wąziutka niebieska strużka, z wysokości mostu wygląda jak gigantyczny granatowy wąż, rozdzielający, bez niczyjej pomocy, samą siłą swego przepływu, dwa lądolody.

Jedziemy w głąb interioru Azji Mniejszej. Kapadocja to około ośmiu godzin jazdy ze Stambułu, przez centralną Anatolię. Ponad 730 km. Czuć już oddech Bliskiego Wschodu.

Turcja, odwiecznie zaplątana w historię tego obszaru, dzisiaj stara się o pozycję regionalnego mocarstwa. Niechętnie patrzą na to w Teheranie. A jest jeszcze Arabia Saudyjska, która przestała uważać, że jej doktryną polityki jest ustawić się po czyjejś stronie. Pełni rolę samodzielnego gracza. To nowa sytuacja dla Ameryki.

Jak ten świat się zmienił.

Ale czy na pewno tak bardzo? Przecież Bliski Wschód jako tygiel cywilizacji i interesów, to stan trwający od tysiącleci.

Ta wyprawa przebiega pod znakiem przenikających się kultur. Stambuł-Konstantynopol, rozłożony na dwóch kontynentach. Gruzja i Armenia – między żywiołem chrześcijańskim a muzułmańskim, między Morzem Czarnym a Morzem Kaspijskim, między Rosją a regionalnymi potęgami Bliskiego Wschodu.***

Dziś przejeżdżamy doliny Kapadocji. Przydadzą się napęd 4×4 i duży prześwit. Aha, zaraz po wschodzie słońca trzeba będzie zająć się Dashą. Od trzech dni skropliny z klimatyzacji wlewają się nam do kabiny, na podłogę od strony kierowcy. Przedostają się też do tyłu. Oględziny niczego nie wyjaśniły – woda płynie wałem, co oznacza, że nie wszystko leci do kabiny. Gdyby tak było, mielibyśmy w środku potop. Nie wiadomo, gdzie podziała się rurka odprowadzająca skropliny. Tak nie może to zostać, bo w końcu zaleją jakąś elektrykę i będzie problem. Chyba już wiemy co zrobić, dzięki temu, że pisałem z Camel Garage, kiedy pędziliśmy przez Anatolię. Jak dobrze, że istnieją ludzie kompetentni w swoim fachu.

Reszta załogi, teraz zachwycona Stambułem i skałkami Kapadocji, nie wie, że tak naprawdę nasz cel główny w Turcji leży gdzie indziej, i że wobec niego wszystko co widzieliśmy do tej pory, to preludium.

Nemrut Dagi.

Jak trafnie powiedział wczoraj Kamil, są miejsca „wow” i są miejsca duchowe. W miejscach „wow” – skądinąd wspaniałych – nie porywa wzruszeniem. W tych drugich wzruszenie jest główną emocją „zwiedzania”. „Wow” była cysterna Basilica w Stambule, a miejscem duchowym Błękitny Meczet. Nemrut Dagi jest kwintesencją duchowości i tajemnicy. Dla mnie nastanie ponownie, po dwudziestu siedmiu latach. Zdaje mi się teraz, że właśnie po to znowu przyjechałem do Anatolii.

*** Strefy przygraniczne zawsze mnie fascynowały. Zdałem sobie z tego sprawę pisząc „Po prostu to zrobić”:

Uwielbiam poruszać się w strefach przygranicznych – rozumianych zarówno metaforycznie, jak i dosłownie. Aby ta dosłowna nie wywoływała emocji, musi być wyjątkowo nijaka. Z reguły każda jest inna. Ich czar polega na tym, że oddzielają jeden świat wyobrażeń od innego, a im lepiej widoczna geografia terenu, im bardziej przestrzenny widok, tym wrażenie silniejsze.

Magia granicy towarzyszy mi od wczesnej młodości. Doznałem jej po raz pierwszy w pociągu z Warszawy do Paryża w 1984 roku, w chwili, gdy przetaczał się przez Berlin Wschodni w kierunku pogrążonego w ciemnościach nocy Berlina Zachodniego. Przez otwarte okno patrzyłem zafascynowany na zachodnioberlińskie ulice widoczne poniżej nasypu z torami, na latarnie, zaparkowane samochody. Wszystko było tak inne od codzienności PRL-u.

Inną zapamiętaną na zawsze granicą jest ta w drodze z egipskiego Synaju do Izraela, w Tabie. Wkraczaliśmy tam w świat jakże odmienny od znanych nam już bardzo dobrze kultur arabskich. Sentyment do tego przejścia pozostał. Ilekroć byłem później w izraelskim Ejlacie czy jordańskiej Akabie, podjeżdżałem w jego okolice.

W roku 1987, roku podróży autostopem do Maroka, zatrzymaliśmy się w nieplanowanym wcześniej miejscu (spaliśmy tam, gdzie pod koniec dnia kończyliśmy autostop) – na skarpie nad Morzem Śródziemnym, z piaszczystym wybrzeżem u naszych stóp i ruiną rozległej budowli za plecami. Nazwaliśmy ją hacjendą. Opodal rozbili namiot niemieccy turyści, obok swojego volkswagena ogórka. My postawiliśmy namiocik między krawędzią skarpy a hacjendą. Czy najważniejsze było to, co znajdowało się przed naszymi oczami, czyli lazur Morza Śródziemnego? Nie, najważniejsze było niewidoczne. Zdumiewało mnie, że jestem tu, gdzie jestem, a daleko przede mną, choć tylko oddzielona wodą, jest Afryka. Wiatr, zachodzące słońce, fale – to wszystko przybywało wtedy z Afryki. Morze Śródziemne było granicą, strefą przygraniczną, przestrzenią pomiędzy Lądami. Mediterraneus.”

IV.

Podróż może być bilansem. Podsumowaniem. Dojmującym zdaniem sobie sprawy z tego, co wydarzyło się w naszym życiu. Zadaniem sobie pytania, czy chcę, by nadal coś było takie, jakie było. To się zdarza, gdy wracam do miejsc, w których byłem dawniej.

Ale nie zawsze. Jeśli pierwszą podróż i powrót dzieli dziesięć lat, można ten okres objąć rozumem i pamięcią. Dziesięć lat należy do przeszłości, ale na tyle wyraziście, że łączy się z teraźniejszością. Poczułem to w tym roku na kalifornijskim Big Sur.

Jest inaczej, gdy tych lat jest na przykład dwadzieścia siedem. Ponowne stanięcie na szczycie Nemrut Dagi nie skłania do rozrachunku z przeszłością i do wysnucia z tego jakiegoś planu na przyszłość. W ogóle nie skłania do niczego. Jest obcowaniem z nostalgią. Mgłą młodości, mgłą dorosłości. Jest emocją wydestylowaną, oczyszczoną z podsumowań i postanowień.

Nemrut Dagi jest najbardziej dramatyczną górą, jaką znam. Wznosi się na niewiele ponad dwa tysiące metrów, było to jednak wystarczająco dużo, by przed wiekami umieszczono na niej intrygujące posągi, przedstawiające królewskie postaci.

W późniejszych wiekach górę nawiedziło trzęsienie ziemi, które zwaliło posągi. Odtąd głowy postaci wychodzą wprost ze skalistej ziemi.

Nie wiadomo, z jakiego powodu posągi znalazły się na szczycie góry. Według dominującej hipotezy archeologicznej była to część grobowca króla Antiocha. Dziwne tylko, że grobowca nigdy nie odnaleziono. To chyba dobra historia, by zajął się nią Indiana Jones.

Dwadzieścia siedem lat temu na górę wwiózł mnie miejscowy Kurd, i była to dwugodzinna jazda nocna, bo celem było wjechać przed wschodem słońca. Musiało to być w jakimś porządnym sprzęcie, najprawdopodobniej w Defenderze. Wokół była ciemność, rozbijana tylko lampami samochodu, cykady, a na szczycie – grupki ledwo widocznych w półmroku ludzi, którzy dotarli tam w podobny sposób co ja. Była też cisza.

Dzisiaj nie ma tych górskich wertepów. Jest asfalt, trochę kostki. Utwardzona droga się kończy, wyłania się pensjonat, z „motelem” w nazwie. Stamtąd jeszcze dwa kilometry wjazdu szutrem.

Na górze postanowiono okiełznać wyjątkowość. Posągi otoczono barierkami z lin i łańcuchów. Podtrzymują je słupki zatopione w betonowych postumentach. Wokół położono chodnik – dobrze chociaż, że z bali czy z czegoś przypominającego podkłady kolejowe, a nie z betonu. Opasuje górę od posągów po stronie wschodniej, do tych po stronie zachodniej. Jakby tego było mało, są strażnicy. Mieszkają w kontenerze ustawionym tak, że omalże zasłania posągi po wschodniej stronie. Wyposażono ich także w gwizdki, których używają.

Coś niedobrego dzieje się ze światem – tak powiedziała w mowie noblowskiej Olga Tokarczuk.

Wiele lat temu, w czasach studenckich, wszedłem wieczorem na górę Synaj. Nad ranem, w śpiworze, czekałem tam na wschód słońca. Na górze był jakiś podrujnowany budyneczek, resztki nie wiadomo czego, z kawałkiem ściany zapełnionym graffiti. Jeden napis, czerwony, wyróżniał się wielkością i konkretnością przekazu: wy, którzy chcecie spać na górze Synaj, robicie to na własną odpowiedzialność.

Wolę taki świat, niż ten w którym posągi na Nemrut Dagi otacza się chodnikiem, by nikt sobie nie nadwerężył, o zgrozo, kostki lub nie pobrudził butów, i w którym strażnicy na tej mistycznej górze wołają, jakieś pół godziny po zachodzie słońca: „Four minutes – closed!”.

Z królem Antiochem pożegnałem się takim samym spojrzeniem, jak dwadzieścia siedem lat temu. A może tylko tak mi się wydawało, bo tym razem było to pożegnanie na zawsze.

——————————

Dasha dojechała pod Nemrut bezproblemowo, wprawdzie czasami zanosząc się dyszkantem od wysokich obrotów, bo droga była całkiem wymagająca dla grubo ponad trzytonowego samochodu. W Kapadocji naprawiliśmy awarię klimatyzacji. Okazało się, że za powódź w kabinie trwającą od niedzieli odpowiedzialna była jedna rurka, której końcówka wypięła się ze swojego miejsca. Nacięcie nożem przy kolumnie skrzyni biegów, by odsłonić to co pod poszyciem, i sprawa załatwiona. Ale to nie było wszystko. Wczoraj zauważyliśmy, że Dasha traci moc na podjazdach. Poważna sytuacja, bo wybranie się w Kaukaz, co jest przecież gwoździem programu wyprawy, jeśli trzeba by tam przy każdym bardziej stromym podjeździe przechodzić na reduktor, byłoby zdecydowanie słabym pomysłem. Najpierw wyłączyliśmy przepływomierz, by sprawdzić czy na ustawieniach standardowych będzie lepiej. Nie było. Następnie Kamil wskazał na obudowę czujnika przy filtrze powietrza (nie, tym razem nie był to impuls geniuszu, po prostu wcześniej poczytaliśmy o dziesiątkach możliwych przyczyn braku mocy w Discovery 2). Zdemontowaliśmy i wyczyściliśmy czujnik, po czym przeprowadziliśmy kolejną próbę. Nie wierząc własnym oczom i uszom powtórzyliśmy test kilkukrotnie, by utwierdzić się w przekonaniu, że Dasha naprawdę odzyskała wigor. Wszystkie testy zrobiliśmy na gruntowej drodze podjazdowej do naszego hotelu w Goreme, bardzo stromej, na której wymiękały niektóre, przecież znacznie lżejsze od Dashy, osobówki (fakt, że miały napęd na jedną oś). Nikogo jakoś nie zdziwiło, że jeździmy w górę i w dół, jak opętani, przez dobre pół godziny.

No cóż, Discovery 2 był pierwszą terenówką Land Rovera, w której brytyjscy inżynierowie zastosowali wiele rozwiązań elektronicznych, w związku z czym ma się w nim co psuć. Discovery 2 jest niezwykle podobne do Discovery 1, ale to pozory. Jak mówią miłośnicy marki, w Disco 1 najbardziej złożonym technologicznie urządzeniem było…radio. Disco 2 dostało komputer, i zaczęło się.

V.

Nasza wyprawa Orient Express 2023 musiała wczoraj nieco zwiększyć i tak wysokie tempo, bo już w najbliższy wtorek Kamil i Dominik wylatują z lotniska Kutaisi w Gruzji.

A tymczasem najpierw – w piątek – spędziliśmy kilka godzin w Sanliurfie, na pograniczu turecko-syryjskim, mieście tyleż tureckim, co kurdyjskim i arabskim, a następnego dnia w jeszcze bardziej kurdyjskim i arabskim Mardinie. Z kamiennego starego miasta Mardinu położonego na wzgórzu widać było doskonale równinę rozpościerającą się do Syrii. Oba miasta są tak spójne w swoim charakterze, że ruch turystyczny zaledwie się o nie ociera, nie naruszając ich struktur mentalnych. Sanliurfa – miejsce narodzin proroka Abrahama, a więc święte dla kilku wyznań – nawet bardziej niż Mardin zachowuje swoją osobność, bo Mardin jest tak urokliwe, że zdecydowało się na uwodzenie turystów gustownie urządzonymi sklepikami. Na szczęście tylko na jednej ulicy. Wyjątkowość Sanliurfy to dziś również niestety widoczne w centrum skutki niedawnego wielkiego trzęsienia ziemi.

Poproszony o wypowiedź dla telewizji Biznes24 ustawiłem laptopa – wraz z samochodem, służącym jako stolik – tak, by pokazać to, o czym między innymi mówiłem.

Po południu wyjechaliśmy z Mardin, kierując się po raz pierwszy na północny wschód, w stronę Gruzji, do której mamy z południa Anatolii jakieś, bagatela, osiemnaście godzin jazdy.

Po drodze nieustanny styk geografii, kultur, państw. Nawet jeśli zaznaczony symbolicznie, jak tablice wskazujące kierunek na Iran, pojawiające się od momentu, gdy zbliżaliśmy się do jeziora Van, to przecież również wywołujący dreszczyk emocji. Kiedyś Dasha pojedzie do Iranu, to pewne, jednak wcześniej muszę rozwiązać dylemat, czy jest etyczne jechać do kraju popierającego inne państwo-agresora. Na razie moja odpowiedź jest negatywna. Ale nadal o tym myślę. Czy podróżnik powinien bardziej kierować się swoim odczytem nastrojów społecznych, czy swoją oceną zachowania klasy politycznej. Bo jeśli tym drugim, to nawet Gruzja – obecna Gruzja – staje się destynacją dyskusyjną. Cóż, jak powiedział Paul Schrader: wbrew temu, co może nam się wydawać, życie nie składa się z problemów i rozwiązań. Życie składa się z dylematów i rozstrzygnięć. I te rozstrzygnięcia zamieniają się w kolejne dylematy.

Zobaczyliśmy też graniczność w innym znaczeniu. Zobaczyliśmy, jak z miasta wydrążonego w skale, zamieszkałego od wieluset lat, a na wpół zatopionego przez zalew utworzony przez tamę postawioną na Tygrysie, robi się atrakcję turystyczną. Właśnie teraz tam się to dzieje. Reszta na zdjęciach, mówią być może więcej niż słowa. Chociaż nie, obraz moim zdaniem nigdy nie mówi więcej niż słowa, po prostu czasami można pójść na skróty i posłużyć się obrazem, nie angażując ekspresji słowa.

Jezioro Van objechaliśmy od południa. Pierwsza koncepcja mówiła nawet, by gdzieś tam spać, ale nie wiadomo dlaczego ludzkość ciągnie do wody, nawet jeśli jest ona tak słona, że kąpiel w niej nie może należeć do przyjemności. To musi być jakiś instynkt. Za dużo, jak dla nas, było tam ludzi, samochodów, świateł i tego wszystkiego. Do podnóża Araratu mieliśmy jeszcze niecałe 200 km. Dojechaliśmy tam chwilę przed północą, i takie rozstrzygnięcie dylematu, czy zostawać nad Van, czy jechać dalej, na razie wydaje się dobre. A przekonał nas o tym widok dzisiaj rano. Ararat, święta góra Ormian, w wyniku dramatu historii leżąca w Turcji, był po prostu za oknem.

Do Gruzji zostało jeszcze około dziewięciu godzin.

VI.

– You have sztraf.

Powiedział to pogranicznik na tureckiej stronie przejścia, kiedy już byłem przekonany, że za moment przejadę do kontroli po stronie gruzińskiej. Chwilę wcześniej kazał mi wycofać się z pasa prowadzącego do ostatniej bramki i zaparkować w zatoce.

Pierwsza myśl: „Jakiś mandat, drogowy. Bo o to przecież chodzi w tym Straf.” Druga myśl: „Ale nie, niemożliwe – a nawet jeśli, co do tego ma kontrola graniczna.”

To, że celnik czy celniko-strażnik użył słowa Straf, najmniej mnie zdziwiło. Często w Europie i jej sąsiedztwie biorą mnie za Niemca. Pewnie za mało się uśmiecham.

Zrobiłem więc minę i gest nierozumienia, wskutek czego pogranicznik użył translatora, by rozwiać wątpliwości, i dodał:

– Trzeba zapłacić, o, tam.

Poleciałem do budynku kilkadziesiąt metrów za parkingiem. Byłem gotów zapłacić prawie dowolny sztraf, bo niepokoiłem się, co się dzieje z resztą załogi Dashy, która musiała opuścić samochód przy pierwszym posterunku granicznym i przejść górą, czymś jak wiszący w powietrzu łącznik w galerii handlowej, przez granicę. Na moje pytanie: „Where shall I meet them”, padła odpowiedź: „In Georgia”. A poza tym dochodziła 19:00, a na 21:00 mieliśmy być w delfinarium w Batumi.

Facet w okienku wystukał na kalkulatorze, po znalezieniu numeru rejestracyjnego naszego Land Rovera w swoim systemie, liczbę 35. Trzydzieści pięć lirów tureckich. Nieco ponad jedno euro (1 euro = około 28-30 lirów). W oparciu o ten przypadek sprawa jest jasna: jak płacić mandaty, to tylko w Turcji. Zwłaszcza w Turcji wprawdzie z wysoką inflacją, ale i słabą lokalną walutą.

Uradowany wracam do samochodu i zbliżam się ponownie do tej samej bramki i strzegącego jej opuszczonego szlabanu. Po lewej grupka celniko-pograniczników, zajęta rozmową, i nawet ten który zawrócił mnie sprzed szlabanu, nie zwraca teraz na moją ponowną obecność najmniejszej uwagi. Jadę sobie powolutku dalej, a szlaban unosi się nade mną w pięknym i spokojnym tempie. Gość od przyjmowania zapłaty za mandaty usunął Land Rovera z systemu, i to uniosło szlaban minutę później, gdy znowu pojawiłem się w zasięgu kamer bramki.

Turcja zmaga się z paroma nieszczęściami gospodarczymi, ale bez wątpienia jest to kraj wysoce zdigitalizowany, z bardzo dobrą infrastrukturą IT, transportową i telekomunikacyjną.

Sto czy dwieście metrów obszar pogranicza staje się faktem. Na przejściu po stronie Gruzji panuje język rosyjski. Nie jest to rosyjski Lermontowa (który notabene służył w armii carskiej na Kaukazie) czy Puszkina (który napisał piękny wiersz o Kaukazie), ale jest to rosyjski, bez dwóch zdań. Imperium zostawiło swoje ślady. I ciągle wywiera wpływ.

Ludzie jakby normalni, a zarazem inni od tych, których spotyka się na granicach. A może to ten rosyjski w wersji adżarskiej wywołuje takie wrażenie? Pierwszy posterunek, otwarcie bagażnika, natychmiastowe machnięcie ręką, że mogę jechać dalej. Podjeżdżam do paszportów, daję też dowód rejestracyjny i prawo jazdy, i gość w dużej budce zaczyna je badać. Jednocześnie widzę w lusterku wstecznym, że pierwszy facet idzie w ślad za Land Roverem. W końcu podchodzi do mnie i pyta, nieretorycznie, tylko tak jakby naprawdę prosił o zgodę, czy może zrobić zdjęcie samochodowi. A konkretnie…bagażnikowi dachowemu. „Bo ja też mam taki bagażnik na moim, ale twój – lepszy!”. Jest nawet miło.

Kilka kilometrów po przekroczeniu granicy widać już z drogi Batumi. Jedno z najstarszych miast Eurazji, miasto Jesienina, Bułhakowa, Johna Steinbecka, Knuta Hamsuna, Alexandre’a Dumas (młodszego), braci Nobel a nawet Stalina, który pracował w rafinerii Rothschilda, i podpalił ją w 1902 roku. Drugie miasto Gruzji i jej największy port, wysyłający w świat ropę z Azerbejdżanu (pierwszy rurociąg długości 900 km zbudowano z inicjatywy Alfonsa Rothschilda). Z pięknym ogrodem botanicznym z końca XIX wieku, imponującym bulwarem nadmorskim i portem lotniczym – przyjmującym głównie samoloty Turkish Airlines, ale i El Al, z których wysiadają między innymi turyści złaknieni hazardu. Batumi ma ksywkę Las Vegas Morza Czarnego. I jest coś na rzeczy.

O historii Batumi napisano wiele książek, jest tego warta. Ale Gruzja jest podobno naprawdę piękna i intersująca tam, gdzie kończy się asfalt. Dlatego też dziś wcześnie rano opuszczamy Batumi – Porto Franco, by po południu znaleźć się w sercu regionu Svaneti, wśród szczytów wysokiego Kaukazu.

W ekipie nastąpiło przetasowanie, zgodnie z planem wyprawy. Dołączyli do niej Monia i Witek, podczas gdy Kamil i Dominik zostali odwiezieni na lotnisko w Kutaisi, skąd odlecieli wczoraj do Warszawy. Jazda z Batumi do lotniska: niecałe dwie godziny, rano, gdy Gruzja dopiero się zastanawia, czy wypić pierwszą kawę; powrót do Batumi: trzy i pół godziny. Na pasie zieleni dzielącym dwa kierunku autostrady – były ze dwa jej odcinki, kilkukilometrowe, reszta w budowie – chodziły sobie krowy. Krowy to szalenie mądre istoty – skądś wiedzą, że nie należy pchać się na autostradę. Pewnie chodzą sobie po tym pasie zieleni, by pod koniec dnia dojść do punktu, gdzie autostrada się kończy i można sobie jeszcze bardziej spokojnie przejść na drugą stronę drogi.

VII.

Wte i wewte chodził po obejściu pies. A właściwie to Pies. I wielkością, i umaszczeniem dostosowany do obronno-mieszkalnych wież Ushguli. Mieszaniec owczarka gruzińskiego z czymś, ale nie wiadomo z czym. Adoptowany dwa miesiące temu. Adoptowany, i to wiele nam powiedziało o mieszkańcach tej przez stulecia izolowanej od świata wioski. Chociaż może nie aż tak pozostawionej samej sobie, bo na przestrzeni historii wiele oddziałów najeźdźczych próbowało ją zdobyć. Nikomu się nie udało.

Nagle Daria pomyślała, że Pies może być jeszcze bardziej inteligentny, niż wyglądał i powiedziała znienacka: daj łapę! Co Pies zrobił bez namysłu. Nie, nie znał polskiego, zatem zareagował na intonację i gest.

Ushguli to jedna z głównych miejscowości Svaneti, regionu położonego w południowo-zachodniej części Kaukazu. Góry widoczne z wiosek Svaneti to nie przelewki: Ushba ma około 4700 m, a Shkhara 5193 m.

Wczoraj zrobiliśmy trasę off road ze Mestii do jeziorek Koruldi, na niektórych odcinkach o trudności 4-5 w skali pięciostopniowej według wydawnictwa off-roadowego OunTravela. Dasha po wjechaniu na samą górę prezentowała się doskonale na tle gór, do tego stopnia że młodzi ludzie z innego samochodu zapytali, czy mogą sobie porobić foty na jej dachu. Bawili się świetnie na naszym samochodzie, podczas gdy okrążaliśmy niewielkie jeziorka.

Z tamtego miejsca widać też było bezdyskusyjnie, jak potężną barierą naturalną między kulturami stanowi Kaukaz. Nie ma wprawdzie dla człowieka barier nie do pokonania – albo je ominie, albo przebije, albo zrówna z ziemią. Ale Kaukaz nie poddawał się łatwo.

Im dalej czytam The Caucasus Thomasa de Waal (Oxforf University Press, 2019), tym bardziej rozumiem, że to co Ormianie, Gruzini, Azerowie i inne ludy południowego Kaukazu czyniły jeśli chodzi o ich wybory strategiczne i polityczne, było w znacznie większym stopniu podyktowane sąsiedztwem Rosji i Związku Radzieckiego na północy i Imperium Ottomańskiego a potem Turcji na południu, niż tym czego by naprawdę suwerennie chciały.

Śpimy dzisiaj w wieży drugą noc. Kamienne mury zadziwiająco długo trzymają ciepło nagromadzone w nich za dnia. Śpimy na najbardziej przeraźliwie skrzypiących łóżkach, z jakimi kiedykolwiek miałem cokolwiek do czynienia. Przewrócenie się z boku na bok daje efekt – co prawda toutes proportions gardées – zsypywania się lawiny kamieni ze skały. Natomiast jakakolwiek aktywność seksualna spowodowałaby prawdopodobnie zawalenie się wieży w wyniku rezonansu. W związku z tym powstaje pytanie, jak rodzą się dzieci w Ushguli. Ale nie będę o to pytał. Pewnych pytań nie należy zadawać. Podobnie jak nie należy oceniać, a już tym bardziej zawczasu. Bo, przykładowo, jedzenie w Ushguli okazało się fenomenalnie dobre. Pies też to wie, bo dostał kawałek.

VIII.

Wyobrażenie tego, co zastaniemy na miejscu, do którego zmierzamy. Jakże często zderza się potem z rzeczywistością i przekształca w rozczarowanie.

W książce „Po prostu to zrobić” pisałem:

„…antycypowanie podróży jest jej ważną częścią, być może nawet najlepszą. Jest tym, co wydarza się w moim umyśle, zanim wyruszę w drogę.

Antycypowanie wywołane pragnieniem podróży spoczywa na fundamencie wrażenia. Wrażenie bazuje często na malutkim fragmencie rzeczywistości: na książce przeczytanej w dzieciństwie, na pojedynczej rycinie w tej książce. Jak czarno-białe reprodukcje w Tajemniczej wyspie Verne’a. Albo jak zdjęcie przedstawiające trzy pochylone palmy nad brzegiem morza. Mamy zatem pewną wizję, która wywołuje radość oczekiwania. Tymczasem na miejscu okazuje się, że tam są ludzie, obiekty, rzeczy, które wyglądają tak jak wszędzie. I nie chodzi o lampy uliczne, o kształcie zupełnie nieegzotycznym, o budki z goframi, śmieci, które nie różnią się niczym od naszych śmieci, reklamy, samochody, znaki drogowe i tysiące innych artefaktów rzeczywistości. Problem jest dużo bardziej związany z osobą podróżnika, niż może wskazywać ta pobieżna wyliczanka.

Otóż w miejscu, do którego przybywamy (potencjalnego punktu kulminacyjnego naszej podróży, a więc tam, gdzie przyjemności płynące z antycypacji powinny być przecież najsilniejsze), okazuje się, że boli mnie brzuch. Że gumowa uszczelka nie pozwala normalnie podnosić i opuszczać szyby w samochodzie. Że pocę się straszliwie. A poza tym, zamiast rozkoszować się chwilą, mam powracające myśli o tym, gdzie będziemy spać najbliższej nocy, i czy znajdę czas, by się tym w ogóle zająć.

Znów odwołam się do Alaina de Bottona i jednego z jego najbardziej celnych spostrzeżeń: „Do mojej świadomości przedzierał się doniosły, acz do tej pory przeoczony fakt: otóż chcąc nie chcąc, przywiozłem na wyspę siebie. (…) Moje ciało i umysł okazały się nieobliczalnymi towarzyszami podróży, mającymi wpływ na moje doznania”.

Ale nie zawsze konfrontacja antycypowanego z zastanym na miejscu przynosi odkrycie, że to pierwsze było naiwnym wyobrażeniem, bo rzeczywistość ma z nim niewiele wspólnego.

Zapuściliśmy się na Latpari, przełęcz na wysokości ponad 2800 m. Trudna droga, bardzo strome i wijące się podjazdy, jazda cały czas na reduktorze, na zjazdach także i hamowanie silnikiem. Krajobraz kaukaski – przepastny, masy górotworu, świeżozielony; tam gdzie w Tatrach już tylko skaliste turnie, tu trawa i kwiaty jak z obrazów Renoira. I jadąca przed nami toyota hilux, jedyne nasze towarzystwo na tej trasie, na którą nie wjeżdżają turyści, bo oni są zawożeni na przykład pod lodowce, do których droga łatwiejsza dla miejscowych organizatorów ciągle raczkującej (na szczęście dla nas) w regionie Svaneti turystyki.

Toyota się zatrzymuje, dwaj Gruzini, poznani przelotnie u początku drogi na Latpari Pass zachęcają i nas do zatrzymania się. Na klapie bagażnika toyoty rozkładane są: chleb, pomidory, „sól swanecka” (kompozycja kilku przypraw), coś tam jeszcze i oczywiście, w plastykowej butelce, gruziński koniak. I niemal od razu zaczynają się toasty:

– za piękno przyrody,

– za pokój,

– za nasze rodziny,

– za rodziny wszystkich innych ludzi,

– za gości,

– jeszcze raz za pokój,

– jeszcze raz za piękno świata, na który patrzymy, i oby taki pozostał.

A więc czasem stereotyp, przeświadczenie że coś jest jakieś, bo przecież tak mówi nam nasza wiedza, potwierdza się tak bardzo w pełni, że aż na pograniczu wiarygodności.

Żegnamy się z ciepłem w sercach, a i także z ciepłem tego koniaku. Witek potem powie, że bohatersko i odpowiedzialnie wziął na siebie dużą część zawartości plastykowej butelki, bo zaczął się martwić, że dojedziemy na miejsce w ciemnościach, a doszedł do wniosku, że spotkanie na pewno nie skończy się przed opróżnieniem butelki. W dodatku ja prowadziłem, a dziewczyny piły mało, zaś gospodarzy było tylko dwóch, więc musiał się poświęcić.

Ale i tak wracaliśmy w ciemnościach, bo na zjeździe łapiemy gumę. To takie delikatne określenie, bo jeśli już coś się dzieje z potężną oponą w Disco, to na całego. I istotnie, bok przecięty jak jakimś kindżałem. Sprawdzamy się jako team po raz kolejny, bo nagle potrzebne jest skupienie, czyli porzucenie szampańskiego humoru. Koła w trzy i półtonowym samochodzie nie zmienia się ot tak. Na szczęście wszystko działa, a przede wszystkim hi-lift. Tylko że musimy rozebrać konstrukcję na dachu by go zdjąć, użyć sporo siły, pilnować kolejności czynności, martwiąc się zarazem, bo opona wygląda na nienaprawialną, zatem za parę chwil pojedziemy dalej, ale zostaniemy bez koła zapasowego. A gdzie kupić w Gruzji BF Goodrich o wymiarach 235/85 na felgę 16. To nie jest najbardziej standardowa z opon, mówiąc oględnie.

Ale wszystko jest po coś. Jedziemy i jedziemy, mamy już tylko kilkanaście kilometrów do Ushguli. Droga – ciąg rozpadlin i kolein, tak naprawdę to dopiero budują drogę – w ćwierćświetle, bo słońce zaszło dopiero pół godziny wcześniej, błyszczy przed nami. Błyszczy, bo zerwała się burza. Temperatura nagle ledwo przekracza dziesięć stopni. Widzimy poświatę i kształty gór, na tle błyskającego nieba, z którego leje się deszcz, i wiemy że takiego groźnego piękna nikt z nas nie przewidywał przed podróżą. Wyskakuję z samochodu, by porobić parę zdjęć, wracam dygocąc z zimna, bo jeszcze ta emocja ze zmieniania kola całkiem nie opadła. I jestem coraz bardziej zadowolony, że pękła nam opona, że dzięki temu wracamy tak późno.

IX.

Melancholia dopada człowieka, w ogóle nie pytając go o zdanie. A czasami człowiek wręcz sam się o nią prosi.

Po pożegnaniu się z Witkiem i Monią na lotnisku w Kutaisi ruszyliśmy dalej, na wschód. I to na wschód zarówno w geograficznym, jak i emocjonalnym oraz historycznym sensie. W kierunku słynnej Gruzińskiej Drogi Wojennej, zbudowanej pod koniec osiemnastego wieku, właściwie to do dzisiaj jedynego przejazdu przez Kaukaz między Rosją a Gruzją.

Po drodze zajechaliśmy do Gori. Zajęło to, z Kutaisi, kilka godzin. Ten dzień nie był przeznaczony na żadne duże eksploracje. Czasem, w trakcie intensywnej podróży, po pokonaniu tysięcy kilometrów, zaznaniu wielu przygód i wrażeń, a także – last but not least – ponoszeniu odpowiedzialności za przebieg podróży, jako Kierownik Wycieczki (moi przyjaciele ciepło tolerują tę rolę, czasem nawet pochwalą za jej pełnienie) potrzebuję zatrzymania się na kilkanaście godzin w miejscu nie angażującym zmysłów.

Aha, tym razem może niezupełnie ten zamysł się powiódł. Bo Gori, miejsce niemal nijakie, to miasto urodzenia się Josifa Dżugaszwilego. Jednej z najbardziej znaczących postaci dla historii XX wieku. A także, myślę, i wieku w którym teraz żyjemy.

Musiałem pójść do Muzeum Stalina. Nie przez niezdrową, jak to się mówi, ciekawość. Choć miałaby ona sensowne podstawy, bo jak to to możliwe, że mieszkańcy są dumni z tego, że w ich mieście urodził się i spędził dzieciństwo arcyzbrodniarz? Bo jeśli ta apoteoza Stalina, wypełniająca budynek muzeum, ma mówić coś o obywatelach Gori, to chyba właśnie to, że są dumni ze swego ziomka.

Nie, musiałem tam pójść, bo cień Stalina jest obecny w mojej rodzinie, bo mój ojciec jako dziecko mieszkający w polskiej wsi na pograniczu polsko-sowieckim, lecz po stronie radzieckiej (dzisiejsza Ukraina) przeżył hołodomor i kolektywizację, a jego ojca NKWD wywiozło bóg wie dokąd, prawdopodobnie pod Archangielsk, skąd nie wrócił. Choć inna wersja tej samej historii, i jest na to podobno jakiś dokument, mówi, że wrócił z tego zesłania, ale nie do rodzinnej wioski, lecz do katowni w Żytomierzu.

Tak więc musiałem popatrzeć na to muzeum, mimo że to przecież wcielenie „muzeum niewinności” – tytuł jak z Orhana Pamuka, treść zgoła inna.

Zobaczyłem tam też, w małym korytarzu, zdjęcia mające, jak by się wydawało, pokazać inną prawdę – coś o gułagach, o wielkim terrorze. A także wstrząsające fotografie z dziesięciodniowej okupacji Gori przez Rosjan w czasie wojny w 2008 roku.

Zapis cierpienia. To zdarzyło się zaledwie piętnaście lat temu.

I nagle pomyślałem, że takie „muzea stalina” są potrzebne. By przypominać, jak głupi, źli i tchórzliwi są ludzie.

W końcu wjechaliśmy na Gruzińską Drogę Wojenną. Na drogowych tablicach: Teheran 1290 km, Baku 688 km, Władykaukaz – to już Rosja – ileś tam kilometrów, nie pamiętam.

Jesteśmy kilkanaście minut jazdy od granic mocarstwa, które najechało sąsiada. Pewnie za kilkanaście lat w Rosji powstaną nowe muzea i pomniki.

Gruzja jest ziemią sprzyjającą pamięci.

Przed wyjazdem wiedziałem, jak wszyscy którzy pokończyli jakieś szkoły, że Prometeusz cierpiał przykuty do skał Kaukazu, tu właśnie, w starożytnej i mitologicznej Kolchidzie. A już tu będąc pomyślałem o genialnym wierszu o cierpieniu, „Apollo i Marsjasz”, napisanym przez Zbigniewa Herberta. Kiedyś był kimś bardzo ważnym dla mnie. Niecały miesiąc temu, 28 lipca, minęło dwadzieścia pięć lat od śmierci tego wielkiego poety. Musiałem przyjechać na Kaukaz, by sobie o tym – i o nim – przypomnieć.

Pamięć, pamięć. Śpieszmy się o nią troszczyć, tak szybko odchodzi.

Niezbyt wakacyjny post. Może przynajmniej zdjęcia dam w innej tonacji.

X.

Lonely Planet to legendarna seria przewodników, obecna w moich podróżach od zawsze, zwłaszcza w bardzo przyjemnej fazie planowania tego, co będzie się robiło w trakcie pokonywania przestrzeni. Już okładki tych przewodników kuszą, obiecując przygodę. A przede wszystkim zwracają uwagę kolorystyką i krojem liter, wolnymi od krzykliwości, zwiastującymi że w środku będzie sporo dobrej treści i wglądu w miejsca opisywane.

Staję się jednak coraz bardziej krytyczny wobec LP, i kto wie czy obecna wyprawa nie będzie punktem zwrotnym, wskutek czego adoracja zostanie zastąpiona uznawaniem LP za ważne, ale tylko jedno ze źródeł inspiracji i informacji.

Ale wyjaśnię to po kolei, bo detronizacja Lonely Planet musi być, z szacunku dla legendy, porządnie uzasadniona.

Było oczywiste, że pojedziemy Gruzińską Drogą Wojenną, do Stepantsmindy, prawie do granicy z Rosją, że zobaczymy własnymi oczami najbardziej chyba fotografowany zakątek Gruzji, czyli kościół Świętej Trójcy, stojący na tle Kazbeku (notabene bardzo dobra, łatwa góra dla kogoś kto chciałby po raz pierwszy złamać 5 tys m.n.p.m.) i zajrzymy do stacji narciarskiej Gudauri.

To wszystko się odbyło, z tym że nie byliśmy poruszeni tym, co widzieliśmy. Szlak przez Kaukaz, w tamtym właśnie miejscu, służył jako przejście dla wojsk rzymskich, perskich i mongolskich. Także dla kupców i ludzi migrujących między Europą a Azją. Pisał o nim już starożytny geograf Strabon. Drogę w znaczeniu bliskim temu, co przez to słowo rozumiemy, zrobili z tego szlaku żołnierze rosyjscy pod koniec XVII wieku. Podróżowali nią Czechow, Lermontow, Puszkin, Gribojedow.

Ale mimo natężenia wyobraźni, która, jak wiadomo, zdaniem Ani z Zielonego Wzgórza decyduje o wszystkim, nie udało mi się poczuć dreszczu emocji. Trasa jest dość łatwa, większą trudność sprawiają tylko zaparkowane trochę na poboczu, a trochę na jedni, tir-y czekające na odprawę celną, jest zbyt wielu turystów, i w ogóle zbyt wiele tego i tamtego, i owego. Wyobraźnia podpowiedziała tylko, że Gudauri, w zimie, musi wyglądać, jak to się mówi, magicznie. Chociaż pewności nie ma, bo przyjeżdżają wtedy na narty i do spa tłumy ludzi z Izraela i z Rosji.

Każdy Lonely Planet ma na początku kolorową mapę z zaznaczeniem miejsc będących największymi atrakcjami danego kraju. „LP Georgia, Armenia & Azerbaijan” też to ma, i tam GDW, a ściślej Stepantsminda, jest wskazana. I dobrze, że jest, zasługuje na to. Ja tylko mówię, że moje oczekiwania były większe, i że metoda Ani z Zielonego Wzgórza okazała się, co rzadkie, bezskuteczna.

Natomiast to, czego LP na tej mapce nie pokazuje, to przyczyna podważenia mojego zaufania do wydawnictwa.

Albowiem potem pojechaliśmy do Tuszetii, drogą do Omalo. Drogą? Wspinanie się na około 2900 metrów, na przełęcz Abano, i zjazd z niej, trudno nazwać drogą. Chociaż pewnie tak, bo daje się to zmierzyć w kategoriach przejazdowych: 70 kilometrów, 4-5 godzin jazdy. Tyle że równie często odczytuję wskazanie wysokości w urządzeniu ją pokazującym w Dashy, bo to bardziej miarodajne chyba niż kilometry. Lepiej zapowiada, co jeszcze czeka jadącego. Poza tym ta liczba przynajmniej się zmienia, a co do kilometrów to jedziesz i jedziesz i zastanawiasz się, czy licznik się aby nie zaciął.

Można by umrzeć z powodu tego niemiłosiernie ciągnącego się przejazdu, ale się nie da. Bo wodospady. Bo gargantuiczne masy gór. Bo kwiaty. Bo nawet na reduktorze przy zjazdach muszę wrzucać ręcznie dwójkę czy nawet jedynkę. Bo szlak idzie krawędziami, pod którymi przepaście niemal takie jak w drodze do Fairy Meadows, w górach Karakorum.

I drugie Fairy Meadows, Bajkowe Łąki, tylko bardziej wyniesione na wzgórzach niże te pod Nanga Parbat w Pakistanie. We mgle, bo zaczęło padać, a potem mżyć. W tej mgle konie, a nieco dalej wieże średniowiecznej osady. Aha, jeszcze słońce zachodziło, dyskretnie, bo chmury zasłaniały. I myśl: czy, jeśli będzie padać przez całą noc, to się w ogóle stąd wydostaniemy? Bo zjazd z przełęczy będzie tym razem wjazdem na nią, z drugiej strony.

Dasha stała kilkadziesiąt metrów dalej, więc nic nie słyszała, bo gdyby słyszała, to by się tylko zaśmiała. Ale może byłoby jej też przykro. Nie wiadomo do końca, bo to jedynie samochód, i tajemnicą pozostaje, czy to urządzenie czuje więcej, czy mniej, czy nic.

W drodze powrotnej spotkaliśmy kogoś. Ale o tym – a raczej o tym kimś, a ściślej – o Niej – warto napisać osobną malutką opowieść.

XI.

Wczoraj na granicy gruzińsko-ormiańskiej pogranicznik po stronie ormiańskiej w trakcie przeglądania mojego paszportu i stukania w klawiaturę powiedział do mnie, tak jakby nieco zdziwiony:

Byłeś już w Armenii”

Miałem chwilkę zawahania, ale zaraz potwierdzam – choć nie ma tu czego potwierdzać, bo najwidoczniej jestem w systemie – że tak, byłem.

Pogranicznik uśmiecha się i oddaje mi paszport. Już mam odjeżdżać, ale pytam, oczywiście po rosyjsku: „A w którym roku byłem?”. „W siódmym”, pada odpowiedź.

Zmęczenie jazdą do granicy było tak duże, że zamiast usłyszeć, że chodzi o rok 2007, zrozumiałem: „2017”.

Ale po kilku minutach mówię do siebie, że to bzdura jakaś, przecież w 2017 roku na pewno nie byłem w Armenii. I wtedy dociera do mnie, że siedem to jest po prostu siedem, a nie siedemnaście.

Tak, to było szesnaście lat temu. A ponieważ zacząłem spisywać historie z mojego życia na giełdach, opiszę to, jak znalazłem się w Armenii w 2007 roku, i co tam robiłem:

Znacznie lepiej poznałem Armenię, kiedy polecieliśmy z Robertem spotkać się z jednym z ormiańskich banków. Niestety, potem wybrał notowanie na giełdzie londyńskiej, i szkoda, że tak się stało. Lecieliśmy do Erewania z dużymi nadziejami na pierwszego emitenta z Armenii na GPW. Przyjęto nas serdecznie. Rodzinnie wręcz. Przed południem rozmowy w banku, po południu zostaliśmy zawiezieni nad granicę z Turcją, bo wcześniej zapytaliśmy o to, skąd moglibyśmy rzucić okiem na Ararat. Wydawało mi się, że ta góra znajduje się w Armenii, ale to był gruby błąd. Święta góra narodu ormiańskiego wznosi się przecież w Turcji, i już to samo jest symbolem rozdarć i dramatów tego regionu. Granica była zamknięta, mogliśmy więc podziwiać masyw Araratu z dość dużej odległości. Wierzchołek okrywały chmury. Ormiańscy gospodarze już kiedy opuszczaliśmy Erewan zapowiadali, że pewnie przeżyjemy rozczarowanie, bo Ararat niechętnie pokazuje się w całej swojej wspaniałości, i tak było. Ale byliśmy też dalecy od rozczarowania. Kiedyś trzeba będzie pojechać do Turcji i wejść na tę górę.

Wieczorem zaczęła się kolacja, a w raz z nią toasty. Okazało się, że Ormianie nie ustępują Gruzinom w sztuce ich wygłaszania. Legenda, która otacza toasty gruzińskie, powinna w takim samy stopniu dotyczyć toastów ormiańskich. Był jednak problem, narastający w ciągu wieczora, z godziny na godzinę i z toastu na toast. Piliśmy ormiański koniak i inne procentowe substancje, i jedliśmy niemiłosiernie dużo, bo wszystko było wyśmienite. Co drugi czy co trzeci toast gospodarzy był odwzajemniany moim toastem – nie można było uznać, że goście wygłosili jeden toast, i wystarczy, bo to groziło popełnieniem nietaktu. Wszak toasty przy stole nie były tylko elementem ceremonialnym, były też formą prowadzenia rozmowy – dzielenia się emocjami, spostrzeżeniami, komplementami. Ja zaś słabłem psychicznie i fizycznie z każdą kolejną minutą i rundą toastową. Przelecieliśmy do Erewania kilkanaście godzin wcześniej, około czwartej rano, co oznaczało, że ostatniej nocy nie spałem. Alkohol uderzał do głowy coraz bardziej, a wymyślenie nowego toastu (jego treść musiała różnić się od wcześniejszych) stawało się wręcz torturą. Około północy byłem na wpół przytomny. Gospodarze zdawali się zakładać, że skoro za kilka godzin mamy samolot do Polski, to posiedzimy sobie tu w tej wspanialej atmosferze prawie do odlotu. Robert zachował się wtedy nadzwyczajnie. Widząc, co się ze mną dzieje zabrał głos i w niezwykle elokwentny sposób wyłożył teorię nienadużywania gościnności, do której chcielibyśmy się zastosować i oddalić do hotelu, by tam pieczołowicie spakować wszystkie otrzymane przez nas wspaniałe prezenty i udać się na lotnisko. Ujął swą przemową kilkunastu Ormian biesiadujących na naszą część przy długim stole, i to pozwoliło nam pojechać do hotelu. Robert niemal wkładał mnie do samochodu, mnie nie wystarczyło własnych sił by ulokować się na tylnym siedzeniu. Często mówiłem mu potem przez lata, że tamtej nocy uratował mi życie. A co najmniej zapobiegł mojej przemianie w zamroczonego „koniakiem” ararat ducha Kaukazu, lewitującego nad dachem budyneczku, w którym odbywała się uczta.”

P.S. Dziś jakoś wszystko mi się kojarzy z pamięcią, nawet kolorowe wzory na dawnej radzieckiej szwalni w Tbilisi i tamtejsze schody, po których, jak to po schodach, można i wejść, i zejść.

XII.

Rano w kawiarni płynący z głośnika śpiew Charlesa Aznavoura. Jedna piosenka. Druga. Trzecia. Kolejna. Powiedzieć, że jest w Armenii pamiętany, to mało. On tutaj nadal żyje, a przecież od jego odejścia minęło pięć lat. Wiem to, bo wcześniej widziałem plakat z jego podobizną i datami życia. Pięć lat.

Dwa dni w Erewaniu upływają mi pod znakiem zastanawiania się nad fenomenem upływu czasu, a przede wszystkim nad tym, jak go zatrzymać lub spowolnić. Jak zwykle rozważania bezproduktywne.

Nagle Aznavour przestaje śpiewać po francusku, w tym języku najlepiej wyrażającym tęsknotę, i z głośnika słychać wielki song: Yesterday, when I was young.

Jedziemy nad granicę, do Khor Virap, by szukać tego utraconego czasu. To będzie dokładnie to samo miejsce, w którym byłem z Robertem Robert Kwiatkowski szesnaście lat temu. Wspominaliśmy to jeszcze kilka godzin wcześniej, pisząc do siebie, o przeszłości i o tym, co będzie.

Inaczej niż w roku 2007, widzę wierzchołek Araratu już na jakieś dwadzieścia parę kilometrów przed przybyciem do celu. Wzruszenie, przecież nie z powodu urody tej góry, lecz tego że czasem zdarza się tak, że podróż jest podróżą w czasie, i to bez użycia zadziwiających technologii.

Khor Virap nabrał przez lata atrybutów nowoczesnego obiektu turystycznego. Widzę ten asfalt, beton, stragany, oświetlenie, i zaczyna mi to przypominać moje emocje z Nemrut Dagi. Ech, to już inne nie będzie, nie tylko tu, ale prawie wszędzie.

Przystaję obok pary z Rosji, zwiedzającej miejsce w towarzystwie przewodnika. Pewnie ledwo przekroczyli trzydziestkę. Ona, cała na biało, dobrze się z tym zgrywające buty i okulary przeciwsłoneczne, słucha z widocznym, choć roztargnionym zainteresowaniem; on może słucha a może jest kompletnie nieobecny, trudno powiedzieć.

Ararat jest w Turcji. Tu jest pas nadgraniczny, tam Turcja. Granica jest zamknięta. Tam jest Nachiczewan, kiedyś, dawno temu, ta ziemia też należała do Armenii, ale ona należała do wszystkich, do bolszewików też, teraz jest to kraj autonomiczny w Azerbejdżanie. Wiecie, że do Azerbejdżanu nie ma możliwości wjechać z Armenii, chodzi między innymi o Nagorny Karabach. Ale największy problem to są relacje z Turcją. A, a tam jeszcze trochę dalej, za tamtymi wzgórzami, jest Iran.”

Dziewczyna uśmiecha się – ale nie jest to uśmiech jednoznacznie dający się opisać, jest w nim i protekcjonalność, i wyższość, i ulga że zaraz stamtąd pojadą, i lekkie zaciekawienie, ale bez przesady, brakuje tylko zdziwienia – i mówi na to: „Wszystko, co chcesz.”

Tak, świat w dziedzinie konfliktów, waśni, nieprzyjaźni, sąsiedztwa dalszego i bliższego to jest rzeczywiście „wszystko, co chcesz.”

Putin może działać nie tylko dzięki kremlowskiej potędze, lecz także – a może nawet jeszcze bardziej – dzięki temu uśmiechowi dziewczyny Całej na Biało.

Odchodzę i w ostatniej chwili spostrzegam wieżę strażniczą, może najwyżej kilometr od miejsca, w którym jesteśmy. Wtedy też tam stała i taka sama.

Późnym wieczorem w Erewaniu idziemy do klubu jazzowego. Idziemy, ale nie zostajemy w nim, bo dają nam stolik na górze, a nie na dole, gdzie gra jazzowy band. To popularne miejsce, odkąd w 2015 spędziły w nim wieczór siostry Kardashian (jak Aznavour, też Ormianki, choć tu więcej różnej krwi się zmieszało, gdyby ktoś nie wiedział). Wychodzimy i zaraz natykamy się na inny klub, a raczej klubik. Przez oszklone drzwi widać – a przede wszystkim słychać, i to jak słychać – małą kapelę. Wejść się nie da, ale to jakby nie przeszkadza. Pierwszy raz w życiu słucham występu muzycznego przez drzwi i wcale nie jest gorzej. Potem się przerzedza w klubie, wchodzimy, po takim dniu jedyne co można zamówić jako drinka to rzecz jasna Old Fashioned. Patrzę się na młodzież ormiańską, mówię do Darii, że nie rozumiem, dlaczego oni i jacyś młodzi, nienacjonalistyczni Turcy nie mogliby się wreszcie dogadać. Old Fashioned smakuje nadzwyczajnie, ale trzeba jeszcze wrócić Dashą do hotelu. W ogóle ten Erewań zaczyna mi jakoś nadzwyczajnie smakować. Ale czas na nas. Jutro kawał drogi, przez północno-zachodnią Armenię i gruzińską Adżarię. Czas powrotu do domu. Czas rozpoczęcia jakichś nowych pięciu, siedmiu, szesnastu lat.

XIII.

Podróż do krajów Południowego Kaukazu dobiegła końca. Wczoraj i przedwczoraj jazda z Erewania nad Morze Czarne.

Dasha zostaje w Batumi. Przylecimy po nią za około dwa miesiące. My wracamy wkrótce samolotem z Kutaisi do Warszawy.

Ponad siedem tysięcy kilometrów przejechanych, w tym około trzystu off-road.

W książce „Po prostu to zrobić” jeden z rozdziałów poświęciłem temu, że „podróż, to dzieło wspólne – bo podróż jest współprzeżywaniem.”

Ta podróż była dziełem wspólnym wszystkich jej uczestników, dołączających się na różnych etapach.

Wszystkim bardzo za to dziękuję.

Pełny team wyprawy Orient Express 2023:

Kamil – jego uważność na otoczenie współtworzyła nastrój całej ekipy. Zafascynowany overlandingiem chyba w podobnym stopniu, co ja. Nieoceniony jako badacz życia wewnętrznego Dashy i jej osobliwości.

Dominik – supergość. Rozbawiał towarzystwo, kiedy osiągał flow opowiadając o szkole, koszykówce i…rynku oryginalnego lub ekskluzywnego obuwia.

Monia – w trudniejszych chwilach jej spokój i rozsądne rady poprawiały zdecydowanie sytuację. Wiadomo, lekarz. Jej żółta (a może to była ta druga, czerwona) walizka przechodzi do legendy wyprawy Orient Express (liczymy na to, że stanie się ikoną także którejś z następnych wspólnych wypraw).

Witek – właściciel drugiej walizki. Z adnotacją jak wyżej. Wspaniały kompan do rozmówek sentymentalnych (los chciał, że studiowaliśmy razem na UJ). A gdyby – teoretycznie – zabrakło tematu do rozmowy – zawsze ma na podorędziu opowieści o swoich wyprawach do Indii. Dzielny zawodnik. Wiadomo, dobry rocznik .

Daria – mam to szczęście, że podróżuję z nią (nie tylko wyprawowo). For Me Formidable. Pożyczam to określenie od Charlesa Aznavoura. Śpiewał nam w Erewaniu.

Byli też inni protagoniści naszej wyprawy:

Marcin Ługowski – przedsiębiorca-globtroter; w pewnym sensie dzięki niemu pomyślałem o wyprawie na Kaukaz; spotkaliśmy się w Batumi w drugim tygodniu podróży. Nie jest łatwo spotkać się z Marcinem, bo interesy ma rozpięte między Kambodżą (od dawna, Moja Kambodża), Madagaskarem (już w trakcie), Polską (tu korzenie) a Gruzją właśnie.

I Wy, którzy czytaliście te relacyjki z podróży. Serdeczne podziękowania.

Koszyk